Niedawno przeczytałem pierwszą część trylogii Neuromancer, debiutu Williama Gibsona z 1984 roku.

Neuromancer to kultowa i nagrodzona prestiżowymi statuetkami powieść o charakterze dystopijnym, otwierająca zupełnie nowy gatunek – cyberpunk – w literaturze science fiction. Na powieści wzorowali się, między innymi, Masamune Shirow, twórca legendarnej mangi „Ghost in the Shell„, czy rodzeństwo Wachowski, które zapożyczyło wiele istotnych elementów z książki Gibsona, tworząc legendarny już film – Matrix. Na jej podstawie powstało również wiele gier komputerowych – kultowa Neuromancer, Deus Ex, Watch Dog, etc. Książka ta miała nie tylko duży wpływ na film oraz gry ale na całą kulturę popularną, wprowadzając na stałe np. nowe słownictwo.

Niedaleka przyszłość opisana w „Neuromancer” to pełen pesymizmu, brudu i przemocy zrobotyzowany świat, kontrolowany przez wielkie korporacje, gdzie cyberprzestrzeń miesza się z rzeczywistością. Główny bohater, haker Case, podróżuje do japońskiego portowego miasta Chiba, by zreperować swój system nerwowy, za karę zniszczony przez ostatniego zleceniodawcę. Tam zostaje zwerbowany do tajemniczego i niebezpiecznego zadania – resztę doczytajcie sami.

Pomimo kultowego statusu, powieść nie wywarła na mnie tak ogromnego wrażenia, jakiego się spodziewałem – wydaje mi się ona powierzchowna. Postaci zdają się niedopracowane. Opisany w niej świat oraz zdarzenia są w mojej świadomości już wytartym motywem i choć zapewne to zasługa właśnie tej książki, nie mogę przeskoczyć tego problemu. W 1984 roku kiedy komputeryzacja społeczeństwa była jeszcze w powijakach, wizjonerski świat Gibsona był fenomenem – dziś  przypomina raczej naszą zdigitalizowaną rzeczywistość.

Mimo że powieść do końca mnie nie zadowoliła, uważam, że jest warta uwagi, choćby dzięki swojej roli w kulturze oraz z uwagi na wątki filozoficzne, czy transhumanistyczne, które – osobiście – uwielbiam. Polecam.

Paweł Raszeja

 

Facebooktwitter