Pamiętasz nerwowe piszczenie modemu łączącego się z Internetem? Tak? Zapewne pamiętasz też strony internetowe z drugiej połowy lat 90tych – przeładowane kolorowymi i ruchomymi grafikami: skaczącymi na tle zachodu słońca delfinami, migającymi gwiazdami w deseniu, kotkami w każdej możliwej postaci – w aucie, w locie, kotkami rambo, kotkami z kotkami.  Oczywiście jeszcze kursor z efektem np. kulek, czy innego dziadostwa podążającego za nim jak cień. Teksty odziane w arsenał efektów – gasnące i zapalające się, w ruchu fali i z tęczowym gradientem.

Na domiar złego, przeładowanym obrazkom towarzyszyła nierzadko muzyka midi, zazwyczaj jakieś tandetne disco, techno lub coś bliżej nieokreślonego. Nie raz zrywałem się od kompa, przestraszony nagłym hałasem. Intensywność tego audiowizualnego oszołomienia potrafiła doprowadzić do tęczowych wymiotów i przypominała trip na kwasie. Kreacje te nie były dziełem studentów ASP, choć niektóre strony mogłyby znaleźć się w galerii – ich autorami byli zazwyczaj amatorzy, którzy chcieli zaistnieć w sieci, tworząc własny homepage, wyciągając wszystkie możliwości programu do tworzenia stron internetowych. Zdarzało się, że taki człowiek tworzył stronę komercyjną, wystawiając zleceniodawcę na pośmiewisko. Na początku 21. wieku, wraz z profesjonalizacją Internetu, coraz rzadziej można było się natknąć na takie wybryki cyfrowej natury.

Gigantyczną kopalnią takich kiczowatych stron na każdy możliwy temat był niegdyś popularny portal GeoCities. Portal ten, lub może bardziej webhoster, umożliwiał darmowy hosting stron internetowych do 15MB oraz umożliwiał ich proste tworzenie za pomocą narzędzi online. Projekt ten powstał w USA w roku 1994, w 1999 został wykupiony przez koncern Yahoo. Z powodu spadku liczby użytkowników, częstego spamu umieszczanego na stronach i niskiej jakości witryn portal został zamknięty w 2009 roku, wszystkie konta – 38 milionów użytkowników (oprócz japońskich) – zostały skasowane z serwerów. Na szczęście, znaczna część GeoCities została wcześniej zarchiwizowana przez organizację archive.org (archiwizująca internet), co uratowało dorobek milionów pasjonatów przed zapomnieniem. Uratowane dane posłużyły dla wielu jako materiał do badań nad tą niezwykle ciekawą kulturą wczesnej sieci – kilku śmiałkom udało się nawet reaktywować tę gigantyczną konserwę, umieszczając ją online geocities.ws , oocities.org oraz reocities.com. Istnieje też ciekawy projekt designera Richarda Vijgena o nazwie „The Deleted City„, który umożliwia  przemieszczanie się „w locie” w świecie GeoCities za pomocą ekranu dotykowego. Z perspektywy czasu, niegdyś kiczowate witryny nabierają statusu kultowego, wczesnego folkloru cyfrowego.

Dziś ogromne archiwum GeoCities krąży w torrencie, jeśli masz 900 GB (!) wolnego miejsca na dysku możesz stać się digitalnym archeologiem, przenosząc się w kolorowe lata dziewięćdziesiąte, raczkującego jeszcze www. A jeśli chcesz zobaczyć, jak wyglądałaby twoja ulubiona strona w stylu geocities, to wpisz nazwę witryny na stronie geocitiesizer.

Paweł Raszeja

Facebooktwitter